|
18.10.2003 Zanzibar
Town/ Dar es Salaam:
Wstajemy o
8.00. To tak naprawdę to nasz ostatni dzień w Afryce, jutro
już wracamy do kraju. Czujemy już zbliżający się koniec, każdy
powoli zaczyna myśleć o powrocie.
Przedpołudnie
spędzamy w mieście, zwiedzając m.in. targ oraz szwędając się
jeszcze po uliczkach Stone Town, na których co chwilę znika
nam Tomek, który szaleje z aparatem fotograficznym. Jest ekstremalnie
gorąco i duszno.
Udajemy się
na przystań promową, aby zawczasu kupić bilety. Beata, Tomek
i ja decydujemy się płynąć wodolotem o 15.30 do Dar es Salaam,
a Ana i Daniel nocnym promem, który ma być w Dar es Salaam
ok. 6.00 rano.
Na przystani
próbują od razu nas naciąć, najpierw informacją, iż nie ma
już biletów na drugą klasę, oferując nam jedynie dużo droższą
pierwszą klasę, na co absolutnie nie chcemy się zgodzić. Chcąc
nie chcąc (zarobić na czymś muszą) zgadzają się nam sprzedać
drugą klasę, ale po niezwykle niekorzystnym dla nas kursie
(mając na uwadze, że na Zanzibarze nie ma ani jednego bankomatu
wymieniliśmy wcześniej wszystkie dolary na szylingi).
W związku
z tym, że podana oficjalna cena jest jedynie w dolarach (35
USD), pani w okienku dokonuje swojego własnego przelicznika,
proponując nam do zapłaty 40.000 szylingów (przy oficjalnym
kursie powinien on kosztować nie więcej niż 37.500 szylingów).
Nasze tłumaczenia nie na wiele się zdają, jak nie chcemy,
to możemy po prostu nie płynąć. Chcąc nie chcąc nabywamy bilety
po zawyżonej cenie. Akcja ta od razu osłabia jednak naszą
wcześniejszą sympatię do ludzi mieszkających na wyspie.
Postanawiamy
kupić jakieś pamiątki i prezenty. Bardzo trudno się na coś
zdecydować, ulice zalane są po prostu masą straganów, małych
sklepików, z których co chwilę nagabywani jesteśmy przez naciągaczy
do wejścia.
Zdecydowanie
na tle tych sklepów najlepiej prezentuje się "Memories
of Zanzibar" i "Zanzibar Gallery", obydwa mieszczące
się przy Kenyatta Road, gdzie wydajemy resztę pieniędzy. W
obydwu z nich można płacić kartami płatniczymi (Visa i Maestro),
co jest tutaj naprawdę rzadkością.
W hinduskiej
knajpce zjadamy lunch. O 15.30 opuszczamy Zanzibar Island.
Do Dar
es Salaam docieramy o 17.30, skąd taksówką przedostajemy
się do hotelu Jumboo Inn (8$ od osoby)
Nazwa Dar
es Salaam oznacza "niebo pokoju". Co prawda to Dodoma
jest oficjalną stolicą Tanzanii, ale w praktyce Dar es Salaam
pełni tę funkcję. To tutaj mieszczą się wszystkie urzędy,
konsulaty oraz inne ważniejsze placówki. Dar łącząc kontynent
z Zanzibarem, wykreowało się w ten sposób na najważniejsze
miasto w kraju. Jest największym miastem Tanzanii o powierzchni
1.350 km2, mieszka w nim ponad 2.000.000 ludności.
Nie mamy za
bardzo czasu na spacerowanie po Dar, jedynie chwilę spacerujemy
po jego uliczkach. Na kolację udajemy się Chefs Pride Restaurant.
Knajpka jest ciekawa, sporo w niej miejscowych oraz turystów,
jest w niej bardzo gwarno. Mamy kłopot ze złożeniem zamówienia,
gdyż kelner po zapisaniu jednej rzeczy, co chwilę nas opuszcza,
aby przywitać się z nowo wchodzącym znajomymi. A że znajomych
tych jest wielu, składanie zamówienia trwa bardzo długo. Warto
jednak było czekać, bo jedzono okazuje się być bardzo dobre
i niespecjalnie drogie (szczególnie wart polecenia jest kurczak
przyprawiony ziołami).
Wracamy do
hotelu i po krótkim przepakowaniu idziemy spać. W tym samym
czasie Ana i Daniel spędzają czas w Zanzibar Town, szwędając
się po mieście (Ana nawiązuje znajomości z miejscowymi), jedząc
barakudę i inne rzeczy w Forodhani Gardens i obserwując zachód
słońca nad oceanem. O 22.00 wsiadają na prom, który odpływa
co prawda dopiero o 1.00 w nocy, ale z powodu wcześniejszego
zejścia części załogi na ląd, podróżni musieli pojawić się
wcześniej. Prom za pierwszą klasę kosztuje ich 15$ od osoby.
|