|
17.10.2003 -
Zanzibar Town:
Rano skoro
świt Ana postanawia wyjechać już do Zanzibar Town autobusem
miejskim. Reszta chce przedpołudnie spędzić jeszcze na plaży,
więc w mieście spotykamy się po południu. Chłopaki decydują
się popłynąć łódką na rafę koralową, aby jeszcze ponurkować.
Beata i ja zostajemy na plaży, trochę pływając, trochę leżąc
na leżakach. Ja chcę przede wszystkim uzupełnić notatki z
naszej podróży, z których mam spore zaległości.
Do miasta
mamy wyjechać o 13.00, tak wcześniej umówiliśmy się z kierowcą
busika. Mija 14.00, a o naszym kierowcy ani widu ani słychu.
Nie ma również naszego lunchu, który zamówiliśmy na 12.45.
Te trzy tygodnie
pobytu w Afryce jednak trochę nas uczy, że nie ma sensu się
irytować, nic na ten fakt nie poradzimy.
Kierowca przyjedzie,
kiedy przyjedzie i po prostu nie mamy wyjścia, tylko musimy
czekać. W końcu o 14.20 kierowca przyjeżdża, choć to nie koniec
naszych zmartwień. Komunikuje nam, bowiem, że jego "father
is dead" i że nie może nas zawieść do miasta, bo musi
go pochować. Mówiąc to nie wygląda zupełnie na osobę, która
przed chwilą straciła bliskiego członka rodziny, minę wręcz
ma radosną - co od razu utwierdza nas w przekonaniu, że ta
śmierć to blef, chodzi mu o wyciągnięcie od nas większej kasy
niż uzgodniona za przejazd. Nie dajemy się jednak naciągnąć,
więc po chwili negocjacji jedziemy już wg ustalonej wczoraj
stawki.
Do Zanzibar
Town docieramy przed 16.00, gdzie w hotelu Vuga Hotels
spotykamy się z Aną. Hotel znajduje się w samym centrum miasta.
Płacimy za niego po 12$ od osoby, chociaż wyjściowe stawki
były dużo wyższe. Hotel ma niesamowicie egzotyczny klimat.
Baldachimowe łóżka, szafeczki, komódki, mieniące się różnymi
kolorami kapy na łóżkach, kolorowe dywaniki. Nawet moskitiera
jest inna od typowych; opada poziomo na stelaż łóżka, tworząc
w ten sposób zraz z nim pudełko. Łazienka nie jest zbyt czysta,
ale do tego akurat zdążyliśmy się już przyzwyczaić.
W międzyczasie
Ania opowiada nam historię swojej podróży do miasta, która
jest niezwykle barwna.
Okazało się
bowiem, że jej autobus wcale nie jechał do Stone Town, jak
myślała, ale wysadził wszystkich przed jakimś meczetem nieopodal
Jambiani. Do asfaltowej drogi dostała się z kimś na skuterze,
spadając z niego tylko raz (miała dwa plecaki). Do
miasta złapała "stopa", którym była wypchana dwudziestoma
czarnoskórymi mężczyznami odkryta ciężarówka, z którymi na
pace w tak oryginalnej atmosferze bez dalszych kłopotów dojechała
do samego centrum.
Po odświeżeniu
się w hotelu idziemy na podbój Zanzibar Town. Tym razem mamy
możliwość obserwacji miasta w świetle dziennym.
Dużo uroku
mają wąskie uliczki Stone Town; które tworzą
swoisty labirynt, z którego nie tak łatwo się wydostać. Co
chwilę mijamy pełno straganów z pamiątkami, na uliczkach panuje
duży ruch.
Szczególnie
interesujące są misternie rzeźbione drewniane drzwi wejściowe
do domów, z płaskorzeźbami i ciekawymi metalowymi okuciami.
Drzwi te stanowią jeden z symboli miasta (do dziś w mieście
pozostało ich ok. 500, większość z nich jest dużo starsza
niż domy).
W trakcie
spaceru po Stone Town trafiamy na pyszną kawę do włoskiej
knajpki Amore Mio. Trochę to dziwne, że będąc tutaj wybieramy
włoską kawiarenkę, ale do tej pory nie udało nam się napić
dobrej kawy w miejscowych restauracyjkach.
Kolację
postanawiamy zjeść w słynnych Forodhani Gardens,
gdzie na ulicy przyrządzane są różne specjały przez miejscowych.
Nazwa "ogrody" jest czysto umowna, gdyż jest to
po prostu skwer przy morzu, gdzie umieszczona jest cała masa
różnych straganów z surowym jedzeniem, które za odpowiednią
opłatą przysmażane jest na ruszcie. Wokół pełno much i innych
owadów oraz mnóstwu śmieci.
Miejsce to
ma jednak swój niepowtarzalny urok, wieczorem zbiera się tutaj
większa część miejscowych, jak i turystów. Tutaj w szczególności
widać, że Zanzibar jest bardziej arabski niż afrykański. Handlarze
zagadują śmiało do turystów, namawiając ich do zamówienia
właśnie u nich, co chwilę dając coś do skosztowania.
Beata i ja
mamy pewne opory przed jedzeniem tu czegokolwiek, ale w końcu
postanawiamy zaryzykować. Na ruszt zostają rzucone szaszłyki
z małż, kalmarów, różnych nieznanych nam z nazwy rybek. Najlepsza
jest jednak barakuda.
Wszystko jest w miarę smaczne, choć nie aż tak tanie jak podaje
Loney Planet (za porcję dla 1 osoby trzeba zapłacić ok. 1.500
szylingów)
Zastanawiamy
się nad dalszą częścią wieczoru. Tomek rzuca pomysł pójścia
na koncert muzyczny, który ma się odbyć w forcie, ale nie
znajduje chętnych. Ja z kolei chcę pójść na dobre wino, którego
tutaj w Afryce piliśmy mało, głównie racząc się piwem. Ana
i Daniel chcą jednak koniecznie wrócić do włoskiej knajpki,
aby zjeść coś słodkiego.
W końcu wszyscy
przystajemy na to i tak raczymy się włoskimi specjałami w
afrykańsko-arabskim mieście, które co prawda, zupełnie do
tego klimatu nie pasują, ale są bardzo smaczne.
Zmęczeni panującym
upałem, ok.22.00 idziemy spać. W nocy budzą nas straszne hałasy.
Jak się okazuje, po dachu hotelu (mieszkamy na ostatnim piętrze),
przelatuje tam i z powrotem cała masa szczurów. Jako że dach
jest blaszany, bardzo wyraźnie wszystkie te odgłosy słyszymy,
mając wrażenie, że szczury zaraz spadną nam na głowę. Jest
to tak okropne uczucie, że mamy problemy z ponownym zaśnięciem.
|