|
16.10.2003 Zanzibar
- Delfin Tour:
Dziś ranek
spędzimy na Delfin Tour, podczas którego
mamy mieć możliwość pływania z delfinami. Przyjemność ta kosztuje
20$ od osoby, w cenie wliczony ma być lunch. Ana nie decyduje
się jechać z nami, więc ruszamy we czwórkę. Udajemy się do
miejscowości Kizimkazi, leżącej na południu wyspy.
Podróż
trwa godzinę. Na miejscu zastajemy już sporo innych turystów,
którzy będą tez uczestniczyć w tej eskapadzie. Wybieramy płetwy
i maski i pakujemy się do drewnianych łódek, którymi mamy
płynąć. Na łódce jest jeszcze z nami czterech Francuzów oraz
dwóch miejscowych, którzy mają nam pokazać delfiny.
Po ok. 30
minutach dopływamy do miejsca, w którym mają znajdować się
delfiny. Mam bardzo mieszane uczucia z tym związane: oto przed
nami ukazuje się kilka innych łódek z takimi samymi wycieczkami
jak my, które po zobaczeniu delfinów jak na komendę włączają
silniki i szybko płyną w ich stronę. Część osób wskakuje do
wody próbując podpłynąć do delfinów, co nie jest łatwe, bo
one bojąc się warkotu silników, natychmiast uciekają pod wodę.
Widowisko to z tych powodów jest lekko żenujące.
Z drugiej
jednak strony ujrzenie czwórki delfinów płynących praktycznie
kilka metrów obok naszej łódki, zanurzających się i wynurzających
się z oceanu, jest na pewno zjawiskiem interesującym - one
są po prostu śliczne. Fakt jednak oglądania delfinów w takim
tłumie zdecydowanie osłabia przyjemność tak bliskiego obcowania
z nimi.
Postanawiamy
namówić naszych przewodników na zmianę taktyki i odłączyć
się od tej całej grupy. Wyłączyć silnik i w ciszy po prostu
poczekać. Jeśli będziemy mieli szczęście - delfiny podpłyną
i będziemy mieli możliwość spokojnego ich poobserwowania.
Taktyka ta zdaje rezultat, za chwile pojawia się jeden i drugi
delfin. Teraz jest naprawdę przyjemnie. Niestety stan ten
nie trwa zbyt długo, bo inne łodzie zobaczywszy nasz nadmiar
szczęścia natychmiast włączają silniki i pędzą w naszym kierunku,
tym samym skutecznie przestraszając delfiny.
W pewnym momencie
jeden z miejscowych postanawia wraz z kilkoma osobami (w tym
z naszymi chłopakami) skoczyć do wody i w spokoju poszukać
delfinów. Jako, że świetnie zna ich zwyczaje, sztuka ta mu
się udaje. Dosłownie po kilku minutach znajduje grupę 6 delfinów,
które pływają sobie pod nimi. Co chwilę któryś z delfinów
wypływa na powierzchnię, praktycznie obok pływających osób.
Ten obraz naprawdę jest urokliwy i w części rekompensuje poprzednie
negatywne wrażenia związane z tą eskapadą, choć ja osobiście
drugi raz bym się na coś takiego już nie wybrała.
Ok. 12.00
następuje kolejny punkt programu - nurkowanie na rafie. Mnie
z Beatą nie chce się już wchodzić do wody - ale chłopaki wciąż
mają ochotę. Efekty nurkowanie ich zadawalają - widzą całą
masę różnych rybek i innych stworzonek morskich, koralowców.
Lunch nie
jest szczytem marzeń, dostajemy ryż z kawałkiem wysuszonej
ryby, co powoduje ze chłopaki musza coś jeszcze dojeść w Jambiani.
Popołudnie
spędzamy na plaży. Chłopaki idą wraz z aparatami fotograficznymi
na bardzo długi spacer po plaży, a my się relaksujemy. Ulegam
namowom kobiet ze wsi i daję sobie zrobić warkoczyki na głowie.
Warkoczyki chciałam zrobić już w Moshi, ale jakoś nie było
okazji. Tutaj jest zresztą na to przyjemniejsza atmosfera.
Siedzę sobie na plaży, a dziewczyny zaplatają mi warkoczyki.
Z efektu jestem
bardzo zadowolona, choć wyglądam trochę jak Pipi Langstruumpf.
Ogólnie fajna fryzurka na wakacje. Po powrocie z przechadzki
chłopaki znowu serwują sobie masaż, tym razem godzinny, co
chwilę przekomarzając się z robiącymi go dziewczynami, ze
trwa on w istocie zbyt krótko (dziewczyny bowiem już po 30
min chcą go zakończyć, na co chłopaki absolutnie nie chcą
się zgodzić).
Trwają śmieszne
przekomarzanki i w końcu masaż kończy się na 45 minutach.
Chłopaki chyba jednak są bardzo zadowoleni, bo dodają dziewczynom
2.000 szylingów do uzgodnionej ceny.
Dziś na kolację
wybieramy się do małej restauracyjki leżącej nad samą plażą
o nazwie "Fischers of Zanzibar".
Rzeczy do zjedzenia zamówili wcześniej chłopcy, którzy jedli
tam dodatkowy lunch i byli nim zachwyceni.
Z naszych
bungalowów do knajpy plażą jest ok. 40 min. Knajpka jest malutka,
ale bardzo przyjemna. Nie ma elektryczności, dostajemy nastrojowe
lampy naftowe. Jedzenie, które zostaje nam zaserwowane przechodzi
nasze najśmielsze oczekiwania zarówno jeśli chodzi o jakość,
jak i o ilość. W przewodnikach Pascala jest napisane, że najlepsze
owoce można zjeść w Portugalii. My, którzy oba miejsca sprawdziliśmy,
dementujemy to. Najlepsze owoce morza podają w "Fischers
of Zanzibar" w Jambiani !!!
Zostajemy
uraczeni paletami z różnymi smakołykami, jeden lepszy od drugiego.
Są więc i kraby, kalmary w przepysznym sosie, rybka z orzeszkami
ziemnymi, wielka ośmiornica, która nie jest , jak to zwykle
bywa, gumiasta, ale rewelacyjnie soczysta; krewetki, cała
ryba o nieznanej nam nazwie, mango w sosie słodko kwaśnym
rewelacyjnie zastępujące ziemniaki, oberżyna. Wszystko jest
świeżutkie, kilka godzin temu złowione; na dodatek fantastycznie
przyprawione masą przypraw występujących na Zanzibarze, z
których część smaków jest nam w ogóle nieznana. Popijamy to
wszystko zimnym piwkiem i znowu czujemy się jak w raju.
Na deser dostajemy
ciasto kokosowe, które jest jeszcze ciepłe (specjalnie dla
nas zostało upieczone), świeże owoce, oraz tzw. Spice Tea,
która smakuje wyśmienicie. Jest to herbata z dodatkiem różnych
przypraw, między innymi kardamonu, cynamonu oraz imbiru.
Nie jesteśmy
w stanie zjeść tego wszystkiego, chociaż jest tak pyszne.
Jeśli do tego dodać, że wraz z napiwkiem płacimy po 7$ od
osoby, to nie ma się co dziwić naszej fascynacji. Ciekawostką
jest fakt, że ta malutka knajpka ma swój adres e-mailowy:
fischersofzanzibar@yahoo.com. Wszystkim ją bardzo gorąco polecamy.
Jesteśmy tak objedzeni, że nie mamy sił wracać do pokoi. W
końcu jednak nam się to udaje. W rewelacyjnych humorach kładziemy
się spać.
|