|
27.09.2003 -
Kenia; Nairobi:
W Nairobi
lądujemy o 8.20 czasu lokalnego. Na lotnisku czeka już na
nas przedstawiciel agencji MEM Tours & Safaris z Moshi
(www.memtours.com),
którą wynajęliśmy wcześniej przez Internet. Wybór agencji
w ten sposób okazał się mieć wiele plusów. Nie musimy bowiem
tracić czasu na negocjacje na miejscu, przylatując mamy ustalony
już plan wyprawy (który został przez nas wcześniej wskazany).
Cena, którą wynegocjowaliśmy, również wydaje się być korzystna:
za safari w Kenii płacimy po 60 USD dziennie, w Tanzanii po
75, a za 6-dniowy trekking na Kilimandżaro drogą Machame 600
USD (łączny koszt - 1.280 USD od osoby). Dodatkowo udaje nam
się uzyskać w ramach tej kwoty przewóz z lotniska w Nairobi
do hotelu, nocleg w hotelu w Nairobi przed pierwszym dniem
safari oraz nocleg w hotelu w Moshi po zejściu z Kilimandżaro.
Po nabyciu
wizy kenijskiej (za 20 USD kupujemy wizę tranzytową ważną
do 7 dni; pobytowa kosztuje 50 USD), jedziemy z naszymi nowymi
znajomymi do Hotelu o nazwie Blue Hut Hotel. Zgodnie z umową
mamy zapłacić przedstawicielowi MEM z góry całą kwotę, co
nas trochę niepokoi. Z wcześniejszych relacji innych osób
wiemy jednak, że jest to norma, więc się nie upieramy. Zresztą
agencję poleciła nam inna polska grupa, która pół roku wcześniej
korzystała z ich usług i była bardzo zadowolona.
Przejeżdżamy
przez ulice Nairobi, które nas powala swoją brzydotą i brudem.
Śmieci panoszą się w nim dosłownie wszędzie wraz z całą masą
dzieciaków, które próbują coś z nich wygrzebać. Nie jest to
widok budujący. Dodatkowo do Nairobi zniechęca zła sława tego
miasta. Wszędzie piszą o nim jako jednym z najniebezpieczniejszych
miejsc na świecie, gdzie nawet przechadzki w dzień mogą kończyć
się napadem. Nasi nowi afrykańscy znajomi potwierdzają nasze
obawy związane z pieszymi wędrówkami po Nairobi, dlatego też
decydujemy się jedynie przejechać przez nie.
Po
drodze mijamy słynne matatu, którym mieszkańcy przedostają
się w różne części miasta.
Po półgodzinnej
przejażdżce przez szaro-brudne ulice Nairobi, docieramy do
hotelu, który położony jest w północnej części miasta, w dzielnicy
Parklands. Decydujemy się pospacerować przy hotelu, uznając,
że jest tutaj trochę bezpieczniej. Tomka korci możliwość zrobienia
zdjęć ruchliwej ulicy, ale kończy się na pierwszej próbie
(tubylcy natychmiast zaczynają machać i kręcić przecząco głowami,
aby przestał). W związku z tym, że nie wyglądają nazbyt przyjaźnie,
zaprzestajemy dalszej sesji fotograficznej.
Postanawiamy
jechać na obiad do osławionej restauracji Carnivore, mieszczącej
się na obrzeżach Nairobi od jej południowej strony. Do knajpki
podwożą nas przedstawiciele z MEM. Po 2 godzinach wracają
po nas. Nie mają tego w cenie, ale bez problemu przystają
na naszą propozycję.
Carnivore
stanowi zupełny kontrast z biedą i brudem widzianym na ulicach
Nairobi. Jest ekskluzywną restauracją położoną w zadbanej
okolicy, z miłą, kulturalną obsługą, sprawiając wrażenie kompletnego
niedopasowania do samego miasta. Pewnie kontrastów tych jest
tu wiele, bogata społeczność Nairobi żyje w zupełnie innych
warunkach niż ulica. Nam w przeciągu tego niespełna dnia udaje
się jednak zaobserwować tylko ten jeden.
W Carnivore
zamawiamy całą masę mięs: z krokodyla, strusia, żyrafy, zebry,
kozy, antylopy impala i dik dik. Jemy też wołowinę, kurczaka
oraz baraninę. Wszystko jest przepyszne, choć zdecydowanie
najlepszy okazuje się struś. Za obiad płacimy po 25 USD za
osobę, co na warunki afrykańskie jest bardzo drogo.
Przed 17.00
wracamy do hotelu. Chłopaki z hotelowych okien fotografują
zdarzenia na ulicy, Ana idzie spać (o 17.30 i nie budzi się
już do rana). Pierwszy nasz wieczór w Afryce spędzamy w czwórkę
w hotelowej knajpie pijąc sobie piwko.
|