|
14.10.2003 -
Przejazd na Zanzibar:
Wstajemy bardzo
wcześnie, jeszcze przed 5.00. Jesteśmy kompletnie nie wyspani.
W nocy bowiem mogliśmy poznać wszystkie odgłosy Afryki: nieprzystające
nawet na minutę krzyki ulicy i dźwięki wszelkiego rodzaju
pojazdów mechanicznych oraz (co doprowadziło nas do największej
furii) okropnie głośno dzwoniący kilka razy w środku nocy
telefon hotelowy umieszczony na korytarzu obok naszych pokoi.
W związku
z tym, że nikt nie podnosił słuchawki telefon dzwonił i dzwonił,
nie przejmując się, mając sobie za nic śpiących ludzi. Postanawiamy
jednak nie przejmować się bardzo naszym niewyspaniem, uznając,
że wszystko nadrobimy na wyspie marzeń, na którą właśnie się
wybieramy.
Dziś czeka
nas długa podróż. Jedziemy do Dar es Salaam, a stamtąd promem
do Zanzibar Town., skąd następnie chcemy się przedostać jeszcze
tego samego dnia na wschodnie wybrzeże do miejscowości Jambiani.
Jak na tutejsze warunki przedsięwzięcie to jest bardzo ambitne,
gdyż szybkie przemieszczanie się w Afryce nie jest łatwe.
Do Dar es
Salaam jedziemy autobusem, na który to bilety kupiliśmy dzień
wcześniej (10.000 szylingów za osobę). Do autobusu dostajemy
się miejskim matatu. Na dworcu zaczepia nas kilku naciągaczy,
którzy koniecznie chcą nam zaoferować bilety. Trochę czasu
zajmuje nam znalezienie autobusu, do którego pasują nasze
bilety (do Dar jeździ kilka autobusów, które wyruszają o tej
samej porze), ale w końcu nam się to udaje. Jesteśmy jedynymi
białymi, choć prawie cały autobus jest pełny.
O 6.30 odjeżdżamy
z Moshi. Do Dar es Salaam mamy ok. 670 km, ale na szczęście
przez całą drogę będziemy jechać asfaltem. Tradycją już są
wyścigi kierowców autobusowych do Dar, którzy nawet na zakrętach
jadą powyżej 100km/h.
Nasz kierowca
również ma zamiar zrobić ten dystans w maksymalnie krótkim
czasie, co czasami przyprawia nas o mocniejsze bicie serca.
Jazda autobusem
jest swoistą atrakcją, obserwujemy otaczający nas krajobraz,
całą masę dzieciaków krzyczących do nas na każdym kroku "jumbo"
(cześć). Na każdym skrzyżowaniu mamy możliwość zakupienia
czegoś do picia lub jedzenia od oferujących te rzeczy chłopców,
którzy podają je przez okno.
W autobusie
jest gwarno, wszyscy komentują różne zachowania, jedzą, śmieją
się. To nie jest po prostu taki zwykły przejazd, jaki dzieje
się w Europie. O przejeździe się mówi, on wraz z jadącą społecznością
dokonuje się.
Tylko my jesteśmy
obserwatorami, przejezdnymi, którzy znaleźli się w tym autobusie
trochę przez przypadek, burząc tym samym jego rytuał. Na szczęście
nikomu nie przeszkadzamy. Większość osób zerka na nas życzliwie.
Co jakiś czas w dyskusji pada słowo "mzungu" (biały),
po którym domyślamy się, że jest o nas mowa.
O 14.00 dojeżdżamy
do Dar es Salaam. Nie mamy czasu żeby rozglądnąć
się po nim długo, gdyż jak najszybciej chcemy dostać się na
wyspę. Jedziemy taksówką (1.500 szylingów) na przystań promową,
gdzie za 35 $ kupujemy bilety na wodolot na Zanzibar. Na wyspę
pływają też promy, które są tańsze, ale płyną zdecydowanie
dłużej, dlatego wybieramy wodolot. Wypływać będzie o godzinie
16.00, rejs trwać będzie jedynie 1,5 godziny. Na przystani
zostajemy wręcz okrążeni przez masę naciągaczy, którzy próbują
nam sprzedać dosłownie wszystko.
Mamy trochę
czasu, więc idziemy coś zjeść. Wybieramy przyzwoicie wyglądający
pub "Florida" mieszczący się w budynku United Nations
nieopodal portu. Z menu od razu widać, że przyjechaliśmy do
miasta portowego, co bardzo nas cieszy. Mamy do wyboru całą
masę owoców morza, z czego od razu korzystamy. Choć bardzo
długo czekamy na realizację zamówienia, wszystko bardzo nam
smakuje.
Przed
16.00 udajemy się na prom. Większość osób płynących to Muzułmanie,
gdyż na Zanzibarze to oni stanowią trzon mieszkańców. To jeden
z powodów, dla którego na wyspie jest zupełnie inaczej niż
na kontynencie.
Szczególną
uwagę zwracają płynące z nam kobiety. W większości są bardzo
ładne, rysy twarzy mają dużo delikatniejsze oraz jaśniejsze
od kobiet z kontynentu.
O 17.30 docieramy
do Zanzibar Town, który od pierwszego ujrzenia
nas oczarowuje.
Zanzibar to
mieszanka kultur, co widać od razu w jego architekturze. Wieki
temu na wyspie osiedlili się Muzułmanie z irańskiego Szirazu,
potem zaczęli napływać Arabowie z Zatoki Perskiej. Zmieszali
się szybko z miejscową ludnością tworząc w mieście arabsko
- afrykański klimat. W XVIII wieku wyspa na ponad dwieście
lat stała się kolonią brytyjską, odzyskując niepodległość
w 1963 r. W 1964 roku nastąpiło oficjalne połączenie Tanganiki
z Zanzibarem, która od tego momentu zaczęła używać nazwy Tanzania.
Chociaż jest to jeden kraj, Zanzibar cieszy się sporą autonomią.
Na razie nie
możemy podziwiać miasta w pełni, opuszczamy go po wbiciu pieczątek
paszportowych. Wrócimy do niego za kilka dni, mając nadzieję,
ze te krótkie chwile na jego zwiedzanie wystarczą, aby się
nim nacieszyć.
Dobijamy targu
na transport mini-busem do Jambiani (15$ za całą grupę) oraz
od razu za nocleg wraz ze śniadaniem w bungalowach "Red
Monkey" (10 $ od osoby).
Na obrzeżach
miasta natrafiamy na posterunek policji, który nas zatrzymuje.
Nie wiemy, o co chodzi, rozmowa odbywa się w swahili. Udaje
nam się jedynie zorientować, że chodzi o nas, gdyż co chwilę
w dyskusji pada magiczne słowo "mzungu". Po dłuższej
chwili możemy w końcu przejechać.
Okazuje się,
że na Zanzibarze apartheid występuje w bardzo nasilonej postaci,
czego w ogóle nie zauważało się na kontynencie.
Według policjantów
my jako biali powinniśmy jechać osobno, ewentualnie z jednym
czarnym kierowcą. W związku z tym że w naszym busie czarnych
jest aż trzech, policjantom to pomieszanie się nie podobało.
Jak się później dowiedzieliśmy ta segregacja wyraża się tutaj
jeszcze mocniej - czarny, aby spacerować z białą dziewczyną
w Stone Town, musi mieć na to specjalne zezwolenie. Dość duży
kłopot miała spotkana przez Anę para Amerykanów, z których
mężczyzna był czarnego koloru. Pomimo tego, że obydwoje mieli
obywatelstwo amerykańskie i podróżowali po Zanzibarze prywatnym
samochodem, co chwilę zatrzymywała ich policja i musieli składać
im wyjaśnienia, co doprowadzało ich do szewskiej pasji.
Tak silny
apartheid na wyspie jest dla nas zupełnym szokiem, rzeczą
z której przed przyjazdem tutaj nie zdawaliśmy sobie w ogóle
sprawy.
Do
Jambiani dostajemy się ok. 19.00. Jest już
zupełnie ciemno, więc jesteśmy zadowoleni z faktu namierzenia
już wcześniej bungalowów. Szukanie ich po zmroku nie było
by przyjemne, tym bardziej, że na ulicach nie żadnych świateł.
Bungalowy
są takie, o jakich marzyliśmy z Tomkiem. Dla nas to miejsce
jest po prostu rajem na Ziemi. Położone prawie na końcu miejscowości,
składające się jedynie z czterech domków, z drewnianymi leżakami
na wyciągnięcie ręki. Do tego przepiękna plaża z białym mięciutkim
piaskiem, palmami, praktycznie tylko dla nas. Żyć nie umierać......
Pozostali
uczestnicy podróży nie są aż tak zachwyceni jak my, głównie
z powodu stanu pokoi. Fakt, pokoje są skromne, ale czyste,
z łazienką - dla nas zupełnie wystarczające. Daniel postanawia
jednak powalczyć o zniżkę i utargowuje na 8$ od osoby.
Po rozpakowaniu
się udajemy się na kolację do hotelowej restauracyjki, w której
jemy nasz pierwszy posiłek na wyspie. Godne polecenia są kalmary
w sosie kokosowo - curry, krewetki w sosie czosnkowym oraz
langusta.
Jest
bardzo ciepło. Postanawiamy zrobić sobie nocną kąpiel w Oceanie
Indyjskim, w ten sposób świętując 29 - urodziny Beaty. Jest
odpływ i dosyć długo (ponad 15 minut) musimy dochodzić do
wody.
Zostawiamy
nasze ciuchy w łódce, którą napotykamy po drodze. Jesteśmy
w rewelacyjnych nastrojach. Woda tak ciepła, w jakiej jeszcze
nigdy nie pływaliśmy; mięciutki piasek - po prostu fantastycznie.
Pławimy się w oceanie, nie mając ochoty nigdy z niego wychodzić.
Kiedy w końcu
postanawiamy wrócić na brzeg, okazuje się, że nie możemy odnaleźć
naszej łódki z rzeczami. W końcu nam się to udaje. Ku naszemu
zdziwieniu z łódki patrzą na nas jakieś oczy, które okazują
się oczami młodego rybaka, który miał właśnie wypływać na
połowy. Na szczęście był na tyle miły, że poczekał, aż niespodziewani
goście zabiorą z jego łódki swoje rzeczy.
Wychodząc
z wody trafiamy na dyskotekę na plaży, do której się przyłączamy.
Oprócz nas jest jeszcze jedynie kilkuosobowa grupa norweska,
z której część osób prowadzi plażowy bar. Jest fajnie, pijemy
drinki i szalejemy na piasku.
O 1.30 wracamy
w doskonałych humorach do naszych bungalowów i idziemy spać.
|