|
13.10.2003 Kilimandżaro
- zejście:
Camping
opuszczamy o 9.00. Do bramy parku mamy ok. 4 godzin. Droga
jest przyjemna, choć wszyscy myślimy już raczej o byciu na
dole. Zaczyna pojawiać się coraz bardziej interesująca roślinność,
z której największe wrażenie robią zielone krzewy z czerwonymi
kwiatami. Ostatni odcinek marszu biegnie przez las tropikalny,
znany nam już z pierwszego dnia wspinaczki.
Kompletnie
nie chce nam się przebierać nogami, jedynie Ana odstawiła
nas i jest już dużo dalej z przodu. Przy zdobywaniu szczytu
motywacją jest jego osiągnięcie, to daje siłę do dalszej wspinaczki.
Takiej siły już nie ma przy zejściu w dół.
Wreszcie ok.
12.30 jesteśmy przy bramie wyjściowej z parku. Jeszcze tylko
kilka formalności, rozdzielenie napiwków i wsiadamy do samochodu
z MEM Tour. Do Moshi mamy ok. 50 min. Jedziemy najpierw do
biura agencji, gdzie wypisują nam certyfikaty poświadczające
zdobycie szczytu. i odbieramy pozostawione przed wspinaczką
rzeczy. W Biurze MEM czeka na mnie miła niespodzianka - Babuu
przegrał mi CD z muzyka afrykańską, oczywiście zostawił też
kasetę dla Beaty.
Następnie
jedziemy do hotelu. Wreszcie po sześciu dniach możemy się
wykąpać i wyprać rzeczy. Niesamowite, jak takie proste czynności
jak mycie mogą sprawić wielką przyjemność. Normalnie są to
rzeczy tak naturalne, że się ich praktycznie nie odczuwa.
Dopiero po takich doświadczeniach jak nasze, potrafi się docenić
fakt posiadania prysznica z gorącą wodą i mydłem.
Po doprowadzeniu
się do porządku, postanawiamy poszwędać się po Moshi oraz
pójść na coś dobrego do zjedzenia. Ania nie wyraża chęci na
kolację i postanawia sama poprzechadzać się po mieście. Nasza
pozostała czwórka trafia do muzułmańskiej restauracji Shukrani,
polecanej nam przez przedstawicieli MEM.
Knajpka jest
przyjemna, choć dogadanie się w sprawie zamówienia praktycznie
graniczy z cudem. Pomimo faktu, iż angielski jest w Tanzanii
oficjalnym językiem (obok Swahili), sporo osób go po prostu
nie zna. Jest to zupełnie odmienna sytuacja niż w Kenii, gdzie
praktycznie z każdym można się w nim dogadać.
Postanawiamy
poradzić sobie z barierą językową w inny sposób. Po prostu
oglądamy, co miejscowi mają na talerzach i wskazując odpowiednie
dania palcem, dokonujemy zamówienia.
Jemy szaszłyki
z wołowiny i inne różne tutejsze przekąski. Tomek zamawia
gulasz z soczewicą i zielonym groszkiem. Wszystko bardzo smaczne.
Najsmaczniejszy jest jednak deser zwany Shukrani special.
Są to owoce - banany, arbuz i inne polane sosem z avocado,
do którego zostały dodane inne składniki nie rozpoznane przez
nas. Całość jest przepyszna i szybko znika ze stołu. Do tego
dostajemy kawę, która robiona jest na bazie nie wody, ale
gorącego mleka. Rewelacyjna. W knajpce nie ma żadnego alkoholu
ze względu na jej muzułmański charakter.
Na piwo idziemy
więc do restauracji do naszego hotelu, położonej na jego dachu.
Piwo jest zimne, a my w wyśmienitych humorach. Napawamy się
myślą jutrzejszego wyjazdu na Zanzibar, który nas bardzo nakręca.
Jeszcze tylko szybkie przepakowanie i po 24.00 idziemy spać.
|