|
12.10.2003 Kilimandżaro
- Uhuru Peak (5.895m n.p.m.):
Z obozu wychodzimy
ostatni o godzinie 0.30. Początkowo maszeruje się nam niezwykle
ciężko, to efekt bardzo rozrzedzonego powietrza. Po chwili
jednak nieco przyzwyczajamy się do niego i wędrówka staje
się trochę łatwiejsza. Od samego wyjścia Tomek musi walczyć
z nudnościami, co powoduje, że wspinaczka dla niego jest zdecydowanie
utrudniona.
Idziemy wolno
osoba za osobą. W oddali migają nam latarki ekip, które wyszły
przed nami. Jest zimno, ale na szczęście nie pada. Na razie
nie jest też wietrznie. Przez panującą ciemność wędrówka ta
jest zupełnie inna od poprzednich dni. Nie możemy nic zaobserwować;
po prostu automatycznie przesuwamy jedną nogę za drugą i tak
powoli podążamy w górę.
Stan Tomka
niestety się pogarsza, choroba wysokościowa nie zamierza go
opuścić. Mimo tego próbuje iść dalej, chociaż robi to z coraz
większym trudem. W końcu po 3 godzinach walki z chorobą wysokościową;
po dojściu na ok. 5.200m n.p.m. daje za wygraną i wraca z
Peterem asystentem do obozu.
Jesteśmy teraz
więc we czwórkę wraz z Peterem. Ciągle namawia nas na picie
wody, co na nam ułatwić dzisiejszą wspinaczkę. Woda jest przeraźliwie
zimna i nikt nie ma ochoty jej pić. Wiedząc jednak, jak jest
to ważne próbujemy przełknąć choć po kilka łyków.
Coraz częściej
musimy robić odpoczynki. Mam wrażenie, że wędrówka ta nigdy
się nie skończy. Zadajemy sobie z Beatą pytania, po co nam
to było, po co się tak męczymy. Z drugiej jednak strony wiemy,
że chcemy tego. Chcemy zdobyć ten cholerny szczyt, który wydaje
się chwilowo nie do osiągnięcia.
Pół godziny
po zejściu Tomka choroba wysokościowa nagle chwyta Anę. Po
prostu w jednej chwili robi się ona zupełnie blada, cała zaczyna
drżeć, dosłownie słania się na nogach. Sadzamy ją na kamieniu
i masujemy, aby trochę ją ogrzać. Peter nie wie, co robić.
Z jednej strony ktoś musi zejść z Aną na dół, w takim stanie
nie ma żadnych możliwości kontynuowania wspinaczki. Z kolei
Peter nie może nas puścić samych na górę. Problem jest taki,
że za nami w dole nie ma żadnych innych ekip, do których moglibyśmy
się przyłączyć.
Peter jest
dosyć bezradny. Nie ma kompletnie pomysłu co robić dalej.
Kiedy już wydaje się, że nie mamy innego wyjścia, jak wszyscy
wrócić na dół, po ok. 30 minutach od przymusowego przystanku,
dojrzewamy schodzących z góry ludzi, którzy zabierają Anę
ze sobą.
A więc zostajemy
w trójkę. Wiemy, że teraz musimy już wejść na szczyt, ze po
prostu nie mamy wyjścia. Musimy to zrobić zarówno dla siebie,
ale także dla tych członków grupy, którym choroba wysokościowa
to uniemożliwiła. Łatwo postanowić, trudniej wykonać.
Peter dobija
nas jeszcze wiadomością, że do Stella Point, leżącego na wysokości
5.600m n.p.m. mamy jeszcze ponad 3 godziny marszu, a ze Stella
na szczyt jeszcze ok. godzinę. Informacja ta działa na nas
kompletnie demobilizująco. Nie wyobrażamy sobie jeszcze 4-godzinnej
wspinaczki.
Jak się okaże
później w praktyce rachunki Petera co do czasu były wyliczone
błędnie, bo wejście na Stella zajęło nam o wiele mniej czasu.
Co prawda zdążyliśmy się już przyzwyczaić do faktu, iż Afrykańczycy
kompletnie nie przywiązują wagi do takich rzeczy jak czas,
wysokość itp., w tym jednak momencie wiadomość ta nas bardzo
zniechęciła.
Z pomocą przychodzi
nam wchód słońca, który następuje o ok. 6.30. Obserwujemy
szczyt Mawenzi, zza którego wylania się złocista
poświata słoneczna. Jesteśmy oczarowani tym widokiem. Jest
on po prostu bajeczny.!
Nagle wszystko
wokół nas staje się jasne, świetliste. Od razu robi się też
cieplej. Obraz ten dodaje nam sił do dalszej wędrówki. W dali
migoce nam już Stella Point, wydaje się jakby był na wyciągnięcie
ręki.
Podejście
jest jednak bardzo strome. Niezrażeni tym przyśpieszamy kroku.
Udaje nam się nawet przegonić kilka innych ekip. Co jakiś
czas mijamy również osoby, które z różnych powodów zrezygnowały
z wejścia na szczyt, aczkolwiek nie jest ich bardzo dużo.
Peter uważa, że drogę Machame wchodzi dużo większy odsetek
niż Marangu i chyba jest to prawda.
Beaty i mnie
nie dosięga jeszcze choroba wysokościowa. Jak się dowiemy
dopiero na szczycie, Daniela już od około godziny potwornie
bolała głowa i miał zawroty. Chcąc jednak nie osłabiać naszego
zapału, nic nam o tym wcześniej nie mówił, co mu się bardzo
chwali.
Wreszcie
przed 8.00 osiągamy Stella Point. Jest to
punkt, gdzie zbiegają się drogi Machame i Marangu, wejście
na szczyt jest już dla tych dróg wspólne.
Robimy sobie
krótką przerwę. Nie chce nam się w ogóle jeść ani pić wody,
jest na to za zimno. W tym momencie jest -6°C, co i tak nie
jest żadnym poważniejszym mrozem, bywają noce, gdy temperatura
spada tu do -20°C. My jednak jesteśmy tu już sporo po wschodzie
słońca, co spowodowało od razu ocieplenie.
Widok ze Stella
Point zapiera dech. Wspaniała widoczność na wszystkie strony
świata, krajobraz dający poczucie cudownego odrealnienia.
Szczególnie wrażenie robią przylegające do Stella Point lodowce.
Wyglądają one zupełnie bajkowo ze swą błękitno - białą kolorystyką.
Padające na nie słońce sprawia, jakby fosforyzowały. Mnie
osobiście chyba ten obraz najbardziej urzekł w czasie naszej
wspinaczki.
Ze Stella
Point widoczny jest również w całej okazałości Uhuru
Peak. Sprawia wrażenie bardzo prostego już do osiągnięcia.
Kompletnie nie wydaje nam się wiarygodne, że różnica między
nimi wynosi prawie 400m.
Postanawiamy szybko go zdobyć, co naszym zdaniem nie powinno
sprawić nam większych problemów. Żwawo zaczynamy na niego
wchodzić.
Początkowo
wszystko jest w porządku, chociaż szczyt sprawia wrażenie,
jakby w ogóle się do nas nie przybliżał. Po jakiś 15 minutach,
prawie w tym samym momencie, Beatę i mnie zaczyna dopadać
choroba wysokościowa, która powoduje, że nic nie jest już
tak łatwe jak wydawało się przed chwilą.
W naszym przypadku
jest to bardzo silny ból głowy, na szczęście nie połączony
z zawrotami. Możemy więc kontynuować wspinaczkę, przy czym
co chwilę musimy się zatrzymywać, aby nabrać sił. Szczyt wydaje
się coraz odleglejszy. Pomimo faktycznego dochodzenia do niego
mamy wrażenie jakby się od nas oddalał, wrażenie wiecznego
uciekania. Powłóczymy noga za nogą, nie mając nawet siły zamienić
z sobą słowa. Jesteśmy ogromnie zmęczeni.
Wreszcie
dzieje się... Jeszcze kilka kroków i o 9.00 osiągamy cel.
Uhuru Peak - 5.895 m n.p.m., najwyższa góra
Afryki jest nasza! Ściskamy się mocno, nie do końca wierząc
jeszcze w to co się stało.
Przed tablicą
pamiątkową robimy sobie zdjęcia. Daniel wyciąga szalik z napisem
Polska i odśpiewuje "Polska, biało czerwoni
" Przechodzimy
się trochę po kraterze, po czym postanawiamy szybko wracać,
gdyż ból głowy nie daje nam o sobie zapomnieć.
Ze szczytu
prawie zbiegamy. Zresztą cała powrotna droga zajmuje nam niespełna
dwie godziny.
Umęczeni,
ale szczęśliwi, wracamy na camping przed 11.00. Na szczęście
po zejściu Tomek i Ana odzyskali siły, nie mając żadnych dodatkowych
komplikacji, co przydarzyło się jednemu widzianemu przez nas
mężczyźnie, który wejście na szczyt przypłacił bezwładnością
nóg. Nie był w stanie nawet na nich ustać i całą powrotną
drogę musiał być znoszony na noszach.
Po krótkim
odpoczynku i nabraniu trochę sił, zbieramy się do dalszej
drogi. Dziś będziemy schodzić jeszcze na camping leżący na
wysokości 3.500m n.p.m., gdzie zostaniemy na noc. Fajne w
wybranej przez nas trasie jest to, że schodzi się inną drogą
(Mweka Road) niż się wchodziło, co dodatkowo
uatrakcyjnia trekking.
Ana jest bardzo
zawiedziona nie zdobyciem szczytu. Nie pocieszają ją nawet
nasze tłumaczenia, ze nic nie mogła zrobić i że nie było to
od niej niezależne.
Choroba wysokościowa
Any pokazuje bowiem, że Kilimandżaro jest górą, w której doświadczenia
trekkingowe wcale nie dają gwarancji wejścia na szczyt. Ania
była bowiem z naszej grupy najbardziej doświadczonym wspinaczem
górskim, zaliczyła kilka czterotysięczników do tej pory. Mimo
to organizm jej odmówił współpracy na określonej wysokości.
Dla Any jednak
jest to wielkie rozczarowanie. Rozumiemy ją, ona przyjechała
do Afryki przede wszystkim dla Kilimandżaro; to był jej główny
punkt programu - dlatego tak trudno jest pogodzić cię z niespełnieniem
swojego marzenia. Tomek odbiera to chyba trochę inaczej -
fakt niezdobycia szczytu oczywiście też jest dla niego wielkim
zawodem, jemu również bardzo na tym zależało. Chyba jednak
zdecydowanie łatwiej pogodził się z tym, uznając wspinaczkę
na Kilimandżaro za samą w sobie atrakcyjną, pomimo braku zdobycia
szczytu.
Paradoksalnie
Beacie i mnie nie zależało aż tak bardzo jak tej dwójce na
wejściu, a to właśnie nam się udało. Beata nazwana wcześniej
przez Daniela czarnym koniem, faktycznie takim się okazała.
Jej poprzednie doświadczenia trekkingowe były żadne, śmiała
się, że najwyżej dotychczas była na Kasprowym i to kolejką.
To wszystko
pokazuje, że Kilimandżaro nie jest górą, w której konieczne
trzeba mieć doświadczenie, a jednocześnie, że ono wystarcza
do osiągnięcia celu. W tym wszystkim oprócz w miarę dobrej
kondycji i stanu zdrowia, trzeba mieć jeszcze trochę szczęścia.
Jeśli to wszystko będzie sprzyjające, to szczyt się osiągnie,
w przeciwnym wypadku po prostu się nie udaje.
W trakcie
drogi powrotnej zaczyna padać deszcz. Jest to pierwszy deszcz
podczas naszego trekkingu i na szczęście nie trwa długo. Im
schodzimy niżej, tym zaczyna się robić bardziej zielono. Na
razie jest to niska kosodrzewinowa roślinność, ale już wyraźnie
widoczna.
Po 15.00 dochodzimy
na camping. Jesteśmy już bardzo zmęczeni niemożności umycia
się oraz spania w brudnych ciuchach. Zaczyna już chyba działać
efekt przesilenia.
Jemy wczesną kolację, po której szybko kładziemy się spać,
zmęczeni trudami poprzedniej nocy i dnia.
|