|
11.10.2003 Kilimandżaro
- Barafu (4.600m n.p.m):
Rano pobudka,
śniadanie i wyruszamy. Dziś mamy bardzo ciężki dzień. Najpierw
musimy pokonać 8 km przy różnicy wzniesień 700 m, aby dojść
do obozu Barafu, z którego po krótkim odpoczynku zaczniemy
w nocy zdobywać szczyt. Wspinaczkę utrudniać będzie fakt,
iż szlak nasz nie będzie prowadził cały czas w górę, tak że
co jakiś czas będziemy tracić zdobytą już wysokość.
Praktycznie
zaraz po wyjściu z obozu ukazuje nam się pionowa skałka Barranco
Wall, z którą musimy się zmierzyć. Wspinamy się wąskim
szlakiem pokrytym głazami skalnymi. Podejście jest strome,
co jakiś czas musimy pomagać sobie przy wspinaczce rękami.
Jesteśmy już trochę zmęczeni poprzednim dniem trekkingu, więc
panujące od początku nieśmiertelne słowa "pole pole"
są nam dziś bardzo na rękę.
Za to widoki
rewelacyjne. Dzięki dobrej pogodzie jest bardzo przejrzyście,
przez co dobrze widzimy cały czas szczyt oraz inne masywy
skalne, w tym Mount Meru oraz Mawenzi.
Roślinność
jest już bardzo uboga. Widzimy już praktycznie tylko nisko
płażące się kosodrzewiny; w przeważającej mierze krajobraz
jest skalny.
Chyba wszyscy
jesteśmy zgodni w jednym. Wybór drogi Machame był bardzo dobry.
Jest ona bardzo malownicza i zróżnicowana, oferując przepiękne
widoki. Już dla nich samych warto wchodzić na Kilimandżaro.
W porze lunchu
docieramy do doliny Karanga Valley gdzie
odpoczywamy przez chwilę. To tutaj te z osób, które wybierają
trekking o jeden dzień dłuższy mają dodatkowy obóz. Zmęczenie
daje nam się już poważnie we znaki.
W miarę zbliżania
się do Barrafu Camp robi się coraz chłodniej,
tak, że zakładamy na siebie dodatkowe warstwy ubrań oraz ciepłe
czapki. Do obozu docieramy przed 16.00
Na campie
wyczuwa się gorączkową atmosferę, wszystkie ekipy sprawiają
wrażenie podenerwowanych zbliżająca się nocą. Nam również
udziela się ten stan. Powietrze jest już bardzo rozrzedzone,
ciężko się oddycha. Po przejściu kilkunastu metrów od razu
dostajemy zadyszki. To w końcu 4.600 m n.p.m. O dziwo, będąc
przy Lava Tower na podobnej wysokości, nie odczuwaliśmy jej
tak dotkliwie.
Wciąż mamy
apetyt, choć nie pałaszujemy już tak wielkich porcji, jak
w początkowej fazie trekkingu.
Peter bardzo namawia nas, abyśmy choć na kilka godzin położyli
się spać. Po 20.00 kładziemy się do namiotów. Jest bardzo
mroźno i wietrznie, co dodatkowo utrudnia zaśnięcie. Pomimo
usilnych prób, Tomkowi i mnie nie udaje się zasnąć. Daniel
też jedynie drzemie, na kilka godzin udaje się przespać jedynie
dziewczynom. Męcząca jest ta atmosfera oczekiwania, napięcia.
Niestety godzinę
przed wyjściem Tomek zaczyna mieć poważne problemy żołądkowe,
co stawia pod znakiem zapytania jego możliwość kontynuowania
trekking.
|