|
10.10.2003 Kilimandżaro
- Barranco Hut (3.950m n.p.m.):
Wstajemy o
7.00. Znowu czeka na nas wyśmienite śniadanko, do czego zdążyliśmy
się już przyzwyczaić. Z obozu wyruszamy o 8.45.
Dziś celem naszej
wspinaczki jest obóz Barranco Hut położony
na wysokości 3.950 m n.p.m. oraz aklimatyzacja w miejscu Lava
Tower na wysokości 4.600 m n.p.m. Oznacza to, że
najpierw będziemy wchodzić, aby następnie zejść na nocleg
na podobną do dnia wczorajszego wysokość.
Dzielimy się
na dwie grupy: pierwsza to Ania, Tomek i ja, ruszamy z asystentem
Peterem, a Beata, Daniel i Peter idą za nami. Podział ten
wynika z różnego tempa marszu grupy.
Idziemy
cały czas pod górę, choć nie jest bardzo stromo. Otaczają
nas masywy skalne, na podłożu jest sporo kamieni i dużych
głazów, gdzieniegdzie jedynie widać jakąś roślinność. Bardzo
ciekawe są pojedyncze drzewa przypominające krzyżówkę palmy
i kaktusa (niestety nie znamy ich nazwy).
Maszeruje
nam się zupełnie przyjemnie. Nikomu na razie nic nie dolega,
co optymistycznie nastawia na dalszą wędrówkę. Jesteśmy dobrej
myśli co do możliwości zdobycia przez całą grupę szczytu.
Po kilku godzinach
dochodzimy do masywu skalnego Lava Tower
(4.400 m n.p.m), gdzie robimy sobie przerwę na lunch. Jest
zimno, czujemy już oznaki zmęczenia.
Pomimo tego
Ana, Tomek i ja wraz z Peterem postanawiamy wejść na szczyt
Lava Tower, leżący na wysokości 4.600 m n.p.m. Wejście na
ta skałę nie jest proste, podejście jest bardzo strome, w
niektórych miejscach zupełnie pionowe. Zaczyna odzywać się
mój lęk wysokości. Jednak z pomocą Petera udaje się i oto
stoimy na 4.600 m n.p.m. Jesteśmy bardzo podekscytowani. To
przecież niesamowita wysokość, przedsmak tego, co wkrótce
nastąpi.
Po krótkiej
sesji fotograficznej schodzimy na dół i ruszamy w stronę Barranco
Hut. Droga do obozu prowadzi praktycznie cały czas w dół,
musimy bowiem zejść o ponad 400 m, na wysokość 3.950m n.p.m.
Zejście jest dosyć strome, czujemy się coraz bardziej zmęczeni.
Ukazujące
się nam po drodze widoki rekompensują nasz stan. Po lewej
stronie widzimy migocący szczyt Uhuru Peak, a wszędzie indziej
mniejsze skałki, z których wyrastają bajeczne drzewa palmowo-kaktusowe.
Jest mglisto i wietrznie, co tworzy jeszcze bardziej tajemnicze
wrażenie.
O
15.15 dochodzimy do obozu Barranco Hut, który
usytuowany jest w przepięknej okolicy. Namioty rozbite pośród
skałek i drzewek palmowo kaktusowych robią naprawdę fajne
wrażenie. Jest słonecznie, choć nie upalnie. Mamy szczęście,
bo do tej pory nie padał ani razu deszcz, co na Kilimandżaro
nie jest częstym zjawiskiem.
Relaksujemy
się siedząc na skałkach i obserwując zachodzące słońce. Jest
bardzo przyjemnie.
Mamy trochę
ubawu z Daniela, który stara się w tych ciężkich warunkach
utrzymać czystość i wykonuje arcytrudne gimnastyki celem porządnego
umycia się. Do tego jeszcze robi sobie codzienne pranie w
malutkiej miseczce wody, co pozostałą część grupy wprawia
w istną głupawkę.
My już bowiem
przyzwyczailiśmy się do faktu, iż przez te 6 dni będziemy
brudni, a porządna kąpiel będzie czekać na nas dopiero w Moshi.
Daniel jeszcze próbuje być czyścioszkiem.
Dalsza część
dnia jest typowa do poprzednich popołudni: odpoczynek, pyszna
kolacja, chwila na pogawędkę i wczesne położenie się spać.
|