|
9.10.2003 Kilimandżaro
- Shira Hut (3.88m n.p.m.):
Wstajemy wcześnie
rano, do czego już powoli się przyzwyczajamy. Jest bardzo
zimno. Od razu jednak rozgrzewa nas gorąca herbata oraz wyśmienite
śniadanko, które już na nas czeka. Zajadamy się owsianką,
jajecznicą, a na deser avocado i papayę.
Wraz z pojawieniem się słońca zaczyna się natychmiast ocieplać.
Jesteśmy w wyśmienitych humorach.
Z obozu wychodzimy
o ok. 9.30. Dziś mamy do pokonania zaledwie 6 km, przy różnicy
wzniesień 800m. Tutaj jednak przy wolnym tempie marszu, odległości
te nie są tak małe jak się wydają.
Dziś już nie
maszerujemy przez las. Przed nami ukazuje się odkryta, szeroka
przestrzeń, dająca nam możliwość większej obserwacji widoków
niż poprzedniego dnia. Dzięki ładnej pogodzie możemy zaobserwować
cel naszej wspinaczki Uhuru Peak, który zwykle rzadko wyłania
się zza chmur. Nie wydaje się nam on tak wysoki jak w rzeczywistości.
Taki realny do osiągnięcia.
Idziemy dosyć
stromym szlakiem mijając co chwilę skalne masywy, powstałe
po dawnych wybuchach wulkanu. Roślinność tworzą pojedyncze
wrzosowe drzewa, które wraz z wyższą wysokością stają się
coraz bardziej karłowate.
Jest ciepło.
Tutaj temperatura bardzo zależy od słońca, póki ono jest,
jest bardzo przyjemnie, ale jak tylko się chowa, robi się
od razu bardzo zimno.
Co jakiś czas
mijamy inne ekipy robiące sobie przerwę. Pozytywne jednak
jest to, że nie jest tłoczno, przez większą cześć trekkingu
maszerujemy sami.
Pomimo tego,
że powietrze jest coraz rzadsze, jesteśmy wciąż w dobrej kondycji.
Na razie nie dopadają nas oznaki choroby wysokościowej, więc
humory nam dopisują. Jedynie Beata ma lekki kryzys, ale dość
szybko zostaje on przezwyciężony .
Do obozu Shira
Hut docieramy o godz. 15.00. Jest słonecznie, więc
nawet mamy ochotę umyć się w lodowatej wodzie, która nasi
porterzy serwują nam w miskach. W związku z tym, że jest dosyć
wcześnie, możemy trochę zająć się innymi rzeczami. Ana i ja
robimy sobie notatki z podróży, Tomek fotografuje wszystko
co się da, a Beata i Daniel odpoczywają.
Kolacja znowu
jest wyśmienita. Na przystawkę są naleśniki z miodem, potem
zupa warzywna, ryż z mięsem kozim, szparagi i na koniec avocado.
Zajadamy się tymi pysznościami, dziwiąc się, że wciąż mamy
tak dobry apetyt i żadnych mdłości. Po krótkiej pogawędce,
zmęczenie daje znać o sobie, więc idziemy spać.
|