|
8.10.2003 Kilimandżaro
- Machame Hut (3.100 m n.p.m.):
Początkowo
planując naszą wyprawę po Afryce, nie zamierzaliśmy z Tomkiem
wchodzić na Kilimandżaro. Idea ta naradzała się stopniowo.
Czytając relacje osób, które dotarły na "dach Afryki"
coraz bardziej zapalaliśmy się do tego pomysłu, aż wreszcie
postanowiliśmy go zrealizować.
Na Kilimandżaro
postanawiamy wchodzić drogą Machame Road,
zwaną inaczej Whisky Road. Jest ona mniej popularna od najczęściej
wybieranej Marangu Road i między innymi dlatego ja wybieramy.
Jest też podobno bardziej malownicza. Nasz trekking będzie
trwał 6 dni, spać będziemy w namiotach.
Do bramy wejściowej
Machame Gate leżącej na wysokości 1.900 m n.p.m. dojeżdżamy
przed 11.00. Po wyjściu z samochodu poznajemy się z resztą
ekipy, która pójdzie z nami zdobywać szczyt. Ekipę stanowią:
Peter (przewodnik), drugi Peter (asystent przewodnika), kucharz
i tragarze. W sumie 11 osób. My musimy nosić jedynie plecaki
podręczne, co ułatwić ma nam trekking.
Sporo czasu
trwa załatwianie formalności, uiszczenie opłaty za wejście
do parku, wpisanie grupy na listę, przekazanie tragarzom wszystkich
rzeczy. Miłym akcentem jest pojawienie się Babuu, który postanawia
jeszcze raz się z nami pożegnać i życzyć nam zdobycia szczytu.
Szczególnie długo trwa jego pożegnanie z Beatą, co natychmiast
zostaje przez resztę ekipy skomentowane.
Wszyscy czujemy
lekkie napięcie przed wyjściem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Wreszcie o
12.00 wychodzimy. Dziś mamy do pokonania 10 km, o różnicy
wzniesień 1.200 m n.p.m. Machame Hut, do
którego zmierzamy, leży na wysokości 3.100 m n.p.m.
Wyruszamy
wraz z Peterem asystentem. Peter pierwszy zostaje bowiem jeszcze
z tragarzami na dole. Idziemy dosyć szerokim szlakiem przez
las tropikalny. Jest bardzo malowniczo -
otaczają nas drzewa porośnięte zielonym mchem, z których zwisają
liany. Podłoże lasu usłane jest zielonymi krzewami, paprociami.
Co chwilę słyszymy śpiewy ptaków. Cała ta bajkowa sceneria
bardzo mnie fascynuje.
Wszyscy czujemy
się dobrze. Jedynie Daniel jest w nie najlepszej kondycji
- wciąż jest przeziębiony i musi brać antybiotyki. Pomimo
tego dzielnie maszeruje. Choroba nie przeszkadza mu opowiadać
zabawnych historyjek.
Między innymi
uracza nas plastyczną opowieścią o objawach odwodnienia, które
to może się przytrafić, gdy nie pije się wystarczającej ilości
wody. Według Daniela ewentualne objawy odwodnienia można zaobserwować
"po kolorze moczu- im jest jaśniejszy, tym lepiej. Ciemny
kolor oznacza zagrożenie". Dlatego Daniel sugeruje nam
ciągłą obserwację swojego moczu. Pękamy ze śmiechu, gdyż stwierdzenia
te, choć oczywiście prawdziwe, ogromnie nas ubawiają.
Praktycznie
od samego początku wędrówki słuchamy znanych nam już słów
"pole pole" (wolno, wolno), które powtarza nam Peter,
a które mają być podstawą sukcesu wejścia na szczyt. Wydaje
nam się, że idziemy już bardzo wolno, że spokojnie moglibyśmy
szybciej. Słuchamy jednak Petera i zwalniamy, gdyż jak on
twierdzi jest to konieczne, abyśmy mogli dobrze się zaaklimatyzować.
Po ok. 3 godzinach
marszu przystajemy na lunch, który ze smakiem zjadamy. Obserwujemy
mijających nas tragarzy z innych ekip, którzy praktycznie
wszystko, nawet plecaki, noszą na głowie. Każdy z tragarzy
dźwiga ok. 18 kg bagaży, co przed wyjściem jest dokładnie
ważone.
Po krótkiej
przerwie ruszamy dalej. Obserwujemy zmieniający się stopniowo
krajobraz. Las tropikalny staje się coraz rzadszy, by w końcu
zniknąć całkowicie. Na jego miejscu pojawiają się kilku metrowe
wrzosy, lepiej przystosowane do tej wysokości.
Do Machame
Hut docieramy ok. 17.00. Wpisujemy się na listę,
potwierdzając tym samym nasze przybycie, co robić będziemy
codziennie w każdym następnym obozie.
Chwilę musimy
poczekać na naszych porterów, którzy nie dotarli jeszcze z
bagażami. W pewnym momencie przestaje świecić słońce i od
razu robi się bardzo zimno. Na szczęście szybko pojawiają
się nasze plecaki i możemy się cieplej ubrać.
Obóz stanowi
kilkadziesiąt namiotów rozbitych pośród drzew. W obozie nie
ma dostępu do wody, są jedynie toalety. Woda jest przynoszona
przez porterów ze źródełka, po jednej miseczce dziennie do
mycia na jeden namiot i tak już musi wystarczyć do końca trekkingu.
Ze względu na ograniczone zasoby wody, nie można samodzielnie
chodzić sobie do źródła po nią.
Zostają nam
przydzielone trzy namioty: jeden zajmuje Ana z Beatą, drugi
Daniel, a trzeci Tomek i ja. Po rozbiciu namiotów szybciutko
siadamy w namiocie jadalnianym, gdzie przy świecach ogrzewamy
się.
Kolacja jest
wyśmienita. Jemy zupę z kurczaka, opiekane ziemniaki z warzywami,
spaghetti z mielonym mięsem i warzywami, avocado. Apetyty
na razie nam dopisują, więc pomimo wielkich porcji zjadamy
praktycznie wszystko.
Spać idziemy
wcześnie, ok. 21.00. Jest bardzo zimno. Początkowo śpimy w
samych pidżamach, ale z powodu chłodu szybko nakładamy na
siebie dodatkowe warstwy ciuchów.
|