|
7.10.2003 -
Wioska Masajska:
Wstajemy
dziś późno, przed 9.00. Po śniadaniu jedziemy do jednej z
wiosek masajskich, gdzie za 20 $ od osoby możemy robić zdjęcia,
porozmawiać z Masajami.
Początkowo
mamy bardzo mieszane uczucia - z jednej strony jest to bowiem
trochę żenujące wydarzenie, pozbawione zupełnie jakikolwiek
naturalności. Taka po prostu transakcja - Masajowie udostępniają
do zdjęć swoje twarze, domy, a my im za to płacimy. Z drugiej
jednak strony jest to jedyna dla nas możliwość zetknięcia
się trochę bliżej z tym plemieniem.
Masajowie
to 300-tysięczny, półkoczowniczy lud zamieszkujący pogranicze
kenijsko-tanzańskie. Głównym ich zajęciem jest hodowla bydła.
To bardzo
charakterystyczne plemię. I kobiety i mężczyźni mają bardzo
ostre rysy twarzy, przez co wyglądają bardzo tajemniczo. Kobiety
ubierają się strojnie, w kolorowe suknie, dekorując się nawet
na co dzień masą naszyjników, bransolet, kolczyków. Mężczyźni
noszą charakterystyczny strój: koce w czerwoną kratę, po których
można wszędzie ich rozpoznać.
Masajowie
będący wojownikami to morani. Ich zadaniem
jest ochrona plemienia. Włócznie i inne wojownicze gadżety
towarzyszą im wszędzie.
Masaj staje
się wojownikiem po uroczystości obrzezania. Morani nie zakładają
rodzin. Mogą to zrobić po ceremonii inicjującej (eunoto),
która zamyka okres bycia wojownikiem. Po niej młody Masaj
staje się członkiem starszyzny, a co za tym idzie, może już
założyć rodzinę oraz zająć się gromadzeniem i wypasem bydła.
Masajowie mogą mieć jednoczenie kilka żon.
Ceremonia
eunoto trwa cztery dni i jest bardzo uroczysta, przybywają
na nią wszyscy członkowie plemienia. Najbardziej przejmującą
chwilą uroczystości jest golenie głowy wojownika, dokonywane
przez jego matkę. Czynność ta symbolizuje kres bycia morani.
Po podjechaniu
do wybranej przez Babuu wioski masajskiej od razu oblegają
nas dzieci, które łapią nas za ręce. Dorośli są bardziej powściągliwi,
choć sprawiają wrażenie przyjaźnie nastawionych.
Wioska masajska
to boma. W każdej z nich jest jeden główny
Masaj - baba, który sprawuje władzę w wiosce.
Boma to tak naprawdę jedna rodzina, w której mieszka baba
ze swoimi żonami, ich dzieci, morani i inne osoby, które w
danej chwili zamieszkują bomę.
Przechadzamy
się po wiosce, co chwilę wstępując do jakiejś chat. Chaty
te są bardzo proste. Wykonane są z gałęzi i krowich odchodów,
przykryte strzechą. Nie ma w nich okien. W środku każdej z
nich jest pomieszczenie główne, w którym jest klepisko. W
bocznych pomieszczeniach znajdują się drewniane deski, na
których Masajowie śpią. Wszędzie jest pełno much. W chatach
panuje spory zaduch.
Próbujemy
dowiedzieć się jak najwięcej o życiu odwiedzanej przez nas
rodziny. Musimy wykorzystać Babuu jako naszego tłumacza, gdyż
nasi Masajowie nie znają angielskiego.
Ana, jako
mająca dziś najwięcej odwagi, zadaje większość pytań, w tym
te najbardziej krepujące, bo dotyczące życia seksualnego Masajów.
Oni odpowiadają chętnie na każde z zadanych przez nas pytań.
I tak dowiadujemy
się, że baba z odwiedzanej przez nas wioski ma cztery żony.
Co jednak dla nas Europejczyków jest trochę niezrozumiałe;
żony te żyją razem w zgodzie, pomagając sobie w gospodarstwie.
Najważniejsza jest pierwsza żona, bez jej zgody baba nie może
poślubić następnej, ona decyduje o wielu sprawach. Ma też
największą chatę. Każda z żon ma swoją własną chatę, ale już
dzieci wszystkich żon wychowywane są wspólnie w jednej.
Na zadane
przez Anę pytanie dotyczące możliwości fizycznego kontaktu
morani z dziewczętami, morani wybuchają śmiechem. Teoretycznie,
jak nam odpowiadają, jest to zakazane, ale w praktyce różnie
to bywa.
Masajskie
kobiety nie mają żadnego swojego majątku, wszystko należy
do ich ojców lub mężów. Baba opowiada nam jednak, że zdarza
się, że gdy kobieta nie wyjdzie za mąż - dostaje od ojca własną
chatę i krowę. Wtedy może samodzielnie rozporządzać otrzymanymi
rzeczami.
Krowa to u
Masajów główny atrybut zamożności. Krowami płaci się za wszystko,
za kobietę, za cenniejsze rzeczy, które się nabywa. Dlatego
krowa ma tak istotne znaczenie dla Masajów. Masajowie piją
krew krowią, uznając to za wielki przysmak.
Pomimo tego, że Masajowie żyją w trudnych warunkach, sprawiają
wrażenie szczęśliwych. Żyją sobie bez nerwowości, spokojnie
przeżywając dzień za dniem.
Po godzinnym
pobycie w wiosce i nasłuchaniu się tych wszystkich historyjek
wyjeżdżamy w kierunku Moshi. Jedziemy asfaltową drogą, co
jest o tyle przyjemne, ze nie musimy już wdychać pyłu i spokojnie
możemy otworzyć okna.
Do Moshi przejeżdżamy
przez Arushę, jednego z lepiej rozwiniętych
miast w Tanzanii. Arusha jest m.in. siedzibą trójstronnej
komisji do spraw wspólnoty we wschodniej Afryce (dotyczącej
głownie Kenii, Tanzanii i Ugandy), mieści się w niej również
siedziba inspirowanych przez Tanzanię negocjacji dotyczących
Burundi, a także trybunał do spraw zbrodni w Rwandzie.
Wszystko to
powoduje, ze Arusha zupełnie nie przypomina innych odwiedzonych
do tej pory przez nas afrykańskich miast. To bardzo zadbane
miasto, z ładnymi budynkami, z mnóstwem zieleni. Gdyby nie
fakt, że po ulicach chodzą głównie czarni mieszkańcy można
by pomyśleć, że jesteśmy w jakimś południowoeuropejskim miasteczku.
Gdybyśmy nie
widzieli wcześniej Nairobi czy Kisumu i od razu zobaczyli
Arushę, nasz obraz dotyczący miast afrykańskich byłby zupełnie
różny. To pokazuje, ze wszystko jest względne, a wspomnienia,
jakie się zachowa z odwiedzonych miejsc w dużej części zależą
od przypadku.
Do Moshi
docieramy ok. 16.30. Najpierw jedziemy do siedziby MEM Tours
& Safaris, aby omówić szczegóły jutrzejszego trekkingu
na Kilimandżaro. Wreszcie osobiście poznajemy Mohameta, starszego
brata Babuu i właściciela agencji.
Mahomet robi
na nas bardzo profesjonalne wrażenie. Szybko i sprawnie ustalamy
z nim wszystkie szczegóły. Zasada "pole, pole",
na szczęście nie jest przez niego stosowana. Dowiadujemy się,
że niestety Babuu i Bacari nie pójdą z nami na Kilimandżaro,
czego bardzo żałujemy, gdyż przez te kilka dni zżyliśmy się
z nimi. Ma z nami pójść Peter, którego po chwili poznajemy.
Jak się okazuje, to on był na Kilimandżaro z ekipą naszych
polskich znajomych, od których uzyskaliśmy namiary na agencję.
Uznajemy to za dobrą monetę, choć wcześniej bardzo nastawiliśmy
się na wejście z Babuu.
Po załatwieniu
wszystkich formalności podjeżdżamy pod hotel Royal Crown.
Tuż po rozpakowaniu rzeczy i po przeliczeniu dokładnie pozostałej
gotówki, Tomek i ja odkrywamy, że mamy o 400 USD za mało,
co wprawia nas we wściekłość. Próbujemy ustalić, kto i kiedy
mógł nam je ukraść, ale nic nie przychodzi nam do głowy. W
zasadzie cały czas pieniądze mieliśmy prze sobie na pasie
pod ubraniem, co miało teoretycznie wyeliminować możliwość
kradzieży.
Po głębokiej
analizie i zauważeniu braku zegarka, który był zapakowany
w plecaku, dochodzimy do wniosku, ze musiało stać się to kilka
dni temu w hotelu w Kisi. Przepakowywaliśmy wtedy nasze rzeczy
i chyba musieliśmy na czas wyjścia na kolację zostawić jeden
z pasów z pieniędzmi w pokoju hotelowym. Myślimy, że kradzież
stała się właśnie wtedy, że pokój nasz został "odwiedzony"
przez któregoś z kręcących się w pobliżu wyrostków. Po chwilowej
wściekłości przechodzi nam, nic już bowiem na to nie poradzimy.
Na szczęście w Moshi jest bankomat (uwaga tylko na kartę Visa),
więc możemy wybrać brakujące pieniądze.
Na 21.00 umawiamy
się z Bacari i Babuu na kolację, na którą zaprowadzają nas
do afrykańskiej knajpki o nieznanej nam nazwie. Daniel zostaje,
gdyż po przeziębieniu się na Lengay, musi wziąć antybiotyki
i spróbować się trochę podkurować przed wejściem na Kili.
Knajpka jest
fajna, jest sporo ludzi, panuje w niej rodzinna atmosfera.
Babuu co chwilę się z kimś wita, poznajemy jego kolejnego
brata. Jeśli chodzi o jedzenie, to postanawiamy zdać się na
jego gust. Babuu zamawia nyama choma (kozę z grila), która
jest bardzo smaczna. Do tego dostajemy jeszcze inne grilowane
mięsa, z których bardzo dobre są kiełbaski. Pijemy piwo i
wino; jest bardzo przyjemnie.
Ok. 23.30
Tomek i ja postanawiamy wrócić do hotelu, a dziewczyny jadą
z Babuu i Bacari do jedynego w mieście klubu nocnego na dyskotekę.
Wracają w
świetnych humorach o 2.30. Na drugi dzień nie chcą zdradzać
żadnych szczegółów, oprócz tego, że bawiły się wyśmienicie.
|