|
6.10.2003 -
Lengai Volcano/ Lake Natron:
Wejście na
wulkan Lengai zaczynamy o północy. Oprócz naszej piątki jest
z nami Babuu i masajski chłopiec, z którym byliśmy nad wodospadami.
Wulkan Lengai (Oldoinyo Lengai) jest wulkanem
aktywnym, o wysokości 2.897 m n.p.m., różnica wzniesień od
jego podnóża wynosi ok. 1.500 m n.p.m. Nazwa wulkanu jest
masajska i oznacza "górę bogów".
Trekking od
samego początku nie jest łatwy, przede wszystkim ze względu
na podłoże. Cały czas idziemy po prostu w piachu, co chwilę
zapadając się w nim po kostki. Po jakimś czasie buty wszystkich
mają kolor popielaty, choć w rzeczywistości barwa niektórych
była zupełnie inna.
Kolejną trudnością
jest fakt, iż podejście przez cały czas jest bardzo strome.
To wszystko powoduje, ze wspinaczka jest wyczerpująca, to
jest raczej climbing a nie trekking. Po dwóch godzinach marszu
w grupie pojawia się pierwszy kryzys. Oto Ana, nasz najbardziej
doświadczony trekkingowiec, staje w miejscu i mówi ze złością:
"k......., ja w tym piachu dalej nie idę". Nie sposób
przemówić do niej, jakoś ją zmotywować. W końcu się to udaje
i wszyscy ruszamy dalej. Piach dostaje się nam już wszędzie.
Do buzi, do nosa, cali jesteśmy nim obsypani.
Jest zimno,
co dodatkowo utrudnia marsz, tym bardziej, że nie jesteśmy
najlepiej na taką pogodę ubrani. Oczywiście przed wyjściem
spytaliśmy Babuu o możliwe warunki klimatyczne, który rzucił
nam odpowiedzią, że temperatura nawet w nocy nie powinna być
niższa niż 20°. Na wszelki wypadek wzięliśmy więc dodatkowo
kurtki, zostawiając jednak w obozie polary i inne cieplejsze
dodatki.
Pomimo tego,
że Babuu wchodził do tej pory na Wulkan Lengai kilkadziesiąt
razy, przewidywana przez niego temperatura oczywiście okazuje
się w żaden sposób adekwatna do rzeczywistości. Około 4.00
w nocy jest bowiem nie więcej niż 5°!
To dla nas
kolejna lekcja, że dla Afrykańczyków takie rzeczy jak czas,
długość drogi, czy też temperatura są na tyle nieistotnymi
kwestiami, że nie należy przywiązywać do nich zbyt dużej uwagi.
Dobitnie dowodzą tego również tłumaczenia Babuu, który po
prostu na nasze uwagi beztrosko stwierdza, że przecież "dla
siebie też nie wziął nic cieplejszego". Po tym stwierdzeniu
uważa, że sprawa jest załatwiona.
W związku
z faktem, iż tempo naszego marszu jest stosunkowo szybkie,
co może spowodować, że na szczycie bylibyśmy przed świtem,
Babuu zarządza 40 minutową przerwę. Dochodzi bowiem do wniosku,
że na samej górze będzie jeszcze zimniej i że musimy poczekać
na ocieplenie.
Siadamy na
kamieniach i dosłownie zamarzamy. Zdajemy sobie jednak sprawę,
że nie mamy wyjścia, jak jedynie przeczekać do wschodu słońca.
Daniel próbuje dodać nam trochę pogody ducha i raczy nas bardzo
sugestywnymi historyjkami o ciepłej gorącej zupce, którą właśnie
zjadamy, która parzy nasze palce i którą przed zjedzeniem
musimy podmuchać... Niesamowite, ale trochę to pomaga.
Na szczęście
słońce wreszcie wschodzi, co powoduje, że od razu robi się
trochę cieplej. Możemy ruszać dalej. Końcówka przed szczytem
jest z podłoża kamiennego, przy czym jest zdecydowanie bardziej
stroma. W niektórych momentach musimy się wręcz wspinać, co
czasami nie jest łatwe. Tym razem kryzys ma Beata, którą przeraża
trochę stromość zbocza. Na szczęście w grupie panuje dobra
współpraca i przy pomocy chłopaków udaje jej się trasę tę
pokonać.
Wreszcie około
7.00 rano docieramy na szczyt. Przed nami ukazują się naprawdę
cudowne widoki. Widzimy przepiękny Crater Highland
(krainę kraterów), z której wyrasta między innymi Oldoinyo
Lengai. Do krainy tej należą też Oldeani (3.185 m n.p.m.),
Empakaai (3.262 m n.p.n.) oraz oczywiście Ngorongoro Crater
(2.220 m n.p.m.). Ze szczytu wulkanu możemy zaobserwować przepiękny
widok na południową część Rift Valley.
Postanawiamy
pospacerować trochę po szczycie. Podłoże jest grząskie, co
chwilę coś z niego bucha. Jednocześnie śmierdzi okropnie siarką.
Dochodzimy do stożka wulkanu, obserwując przy tym jak wyrzuca
z siebie lawę.
Wszystkie te widoki rekompensują nasze zmęczenie oraz inne
niedoskonałości związane ze wspinaczką. Po godzinie 8.00.
ruszamy w dół, gdzie docieramy ok. 11.30.
Uważam, że
trekking ten jest jak najbardziej godny polecenia. Jest to
zupełnie inna wspinaczka niż odbyte przez nas dotychczas,
zapewnia zupełnie inne doznania. Przez fakt, że nie jest ona
tak mocno rozreklamowana (praktycznie trudno o niej przeczytać
w przewodnikach), można nacieszyć się nią bez tłumów innych
turystów, co sprawia dodatkową satysfakcję. Oprócz nas bowiem
nikt tej nocy nie wchodził na szczyt. Oczywiście, należy się
nieco lepiej ubrać, niż my i wtedy to już będzie sama przyjemność!
Po dojechaniu
na camping praktycznie rzucamy się na podane nam przez Bacariego
śniadanie, które jest dziś wyjątkowo przepyszne. Ciepłe omleciki,
cała masa różnych owoców i inne przysmaki wprost rozpływają
się nam w ustach.
Po śniadaniu
próbujemy się trochę zregenerować po nieprzespanej nocy, co
w tym upale nie jest łatwe. W obozie jest bowiem pewnie blisko
40°C. Na przykładzie tego terenu widać, jak duże potrafią
być tutaj różnice temperatur.
O godzinie
15.00 opuszczamy obóz. Udajemy się do pobliskiego Lake
Natron. Przed samym jeziorem samochód nasz grzęźnie
w mule otaczającym jezioro. Chłopaki wraz z Babuu próbują
jakoś wydostać go z tego. Zbierają całą masę patyków, które
następnie podkładają pod koła. Chwilowo to nic nie pomaga,
samochód grzęźnie coraz mocniej. Taka sytuacja trwa już ponad
pół godziny, co powoduje powstanie sporego napięcia.
Ana i ja postanawiajmy
więc przejść się z aparatem wzdłuż jeziora, które nie robi
na nas jednak oszałamiającego wrażenia. Praktycznie nie dzieje
się wzdłuż niego nic interesującego, oprócz flamingów, które
zdecydowanie lepiej prezentowały się w Lake Nakuru.
Po kilkunastu
próbach chłopakom i Babuu udaje się w końcu wydostać samochód
z mułu i możemy jechać dalej.
Ok. 19.30.
docieramy do znanego nam już Twiga Camp Site w Mto Wa Mbu
Village. Babuu widząc nasze zmęczenie załatwia nam lodge zamiast
namiotów, co dziewczyny przyjmują dziś z wielką radością.
Robimy pranie, kolacyjkę i po 22 idziemy spać.
|