|
5.10.2003 -Nqaresero
Faals:
Wstajemy
jak zwykle wcześnie (6.30), do czego zdążyliśmy się już przyzwyczaić.
Jedziemy dziś w okolice jeziora Natron i wulkanu Lengai, na
który będziemy się w nocy wspinać.
Przejeżdżamy
przez tereny zamieszkane przez Masajów. W
jednej z wiosek Babuu musi opłacić 5 USD od każdej z osób,
gdyż Masajowie zrobili sobie płatną bramę wjazdową. Wysiadamy
na chwilę w tej wiosce. Od razu otaczają nas Masajowie. Nie
można ich fotografować, chyba że na to wyraźnie przyzwolą.
Jeżeli ktoś próbuje robić to bez ich pozwolenia, potrafią
być bardzo nieprzyjaźni, a nawet zaatakować. W związku z tym,
że my nie robimy takich sztuk, Masajowie są dla nas mili i
uprzejmi, choć zdecydowanie traktują nas dużo bardziej na
dystans, niż spotkani do tej pory mieszkańcy Tanzanii.
Za wioską
jazda staje się prawdziwym wyzwaniem. To już nie jest nawet
szutr czy uklepana ziemia, ale piach, który dostaje się nam
wszędzie pomimo zamkniętych okien. Jedziemy przez bardzo wysuszone
tereny bez praktycznie żadnej zieleni. W miarę zbliżania się
do terenów, na których leży wulkanu Lengai zanika już nawet
piaskowa droga, jedzie się po prostu tam gdzie samochód jest
w stanie przejechać. Co chwilę natrafiamy na wyrwy w drodze,
które Babuu próbuje omijać. Z tych powodów poruszamy się w
bardzo wolnym tempie. Jest przeraźliwie gorąco pomimo klimatyzacji.
Oto nowe oblicze Afryki.
Pomimo tego,
że właśnie z tego typu klimatem Afryka zwykle się kojarzy,
my doświadczamy jej takiej tylko w tych okolicach, do tej
pory mając do czynienia z bardziej europejską pogodą.
Choć trasa,
którą mamy dziś do przejechania nie jest długa (ok. 120 km),
z powodu trudnych warunków udaje nam się ją pokonać dopiero
po 3 godzinach. Rozbijamy się na campingu leżącym nieopodal
Wulkanu Lengai. Jest maksymalnie gorące i suche powietrze,
z trudem można przejść w słońcu kilka metrów. Musi być chyba
z 40°. Właśnie z powodu bardzo wysokiej temperatury panującej
w tej okolicy zwykle trekkingi na Lengai zaczynają się około
północy, aby nie musieć maszerować w ukropie.
W związku
z faktem, iż mamy mieć aktywną noc, pozostałą cześć dnia postanawiamy
spędzić relaksowo. Udajemy się z Babuu i z masajskim chłopcem
przewodnikiem na przechadzkę do Wodospadów Nqaresero.
Pomimo upału droga nie jest męcząca, gdyż idziemy cały czas
wąwozem wzdłuż strumienia, co jakiś czas przeprawiając się
przez niego z jednej strony na drugą. Woda w strumieniu jest
ciepła, nie przypomina absolutnie lodowatych polskich potoków.
To oczywiście efekt nagrzania jej przez słońce.
Po około 30
minutach marszu docieramy do wodospadów. Jesteśmy zachwyceni.
Jest przepiękna pogoda. Wodospady wyglądają cudownie. Wokół
mnóstwo roślinności z palmami na czele, po prostu sielanka.
Od razu wskakujemy do wody, pławiąc się w niej przez dłuższą
chwilę. Tomek dokonuje arcytrudnego zadania przenosząc pod
ręcznikiem przez wodospad aparat fotograficzny, aby móc uwiecznić
te chwile na zdjęciach.
Jesteśmy
fantastycznie zrelaksowani. Opalamy się na gorących skałkach
i o niczym nie myślimy. Rozbawia nas jeden z Masajów, który
jest zszokowany bielą skóry Any. Jest to dla niego niewyobrażalne,
jak można być tak białym.
Po nasyceniu się nic nie robieniem wracamy na camping. Po
drodze otacza nas stadko masajskich dziewczynek, które łapiąc
nas wszystkich za ręce prowadzą na rozłożone na ziemi stragany
z ozdóbkami. Ubawieni tym "bezpośrednim marketingiem"
kupujemy dwie bransoletki.
Na campingu
postanawiamy trochę odpocząć przed nocną wyprawą, co z powodu
panującego upału nie jest łatwe. Udaje się nam jednak na chwilę
zasnąć.
|